Krllewna (wiersz)
Mrok wieczorny, - babcia siwa Przy kominku glowa kiwa. Nos jak haczyk, okulary. Cos tam mruczy babsztyl stary. Snuje bajdy niestworzone O krolewnie Pizdolonie, O trzech braciach jak niewielu, O matuli ich z burdelu. Opowiada stare dzieje... A na dworze wicher wieje. Siadzcie spolem panny, smyki, Mlodojebce, stare pryki I nadstawcie dobrze uszy! Choc na polu sniezek proszy W domu cieplo i wygodnie... Zostaw pan w spokoju spodnie! Bo zawolam zaraz Mamy! Cyt! Uwaga! Zaczynamy! Za lasami, za gorami Za morzami, za rzekami Krol na lzy kurewskie czuly, Kazal dac ze swej szkatuly Kazdej kurwie po dukacie, Po czym zamknac sie w komnacie I tam siedziac przez dzien caly, Az mu jaja posiwialy. Krol, poplakal ze zmartwienia, Zamknal corke do wiezienia, By sie wiecej nie puszczala. Tam codziennie dostawala, Procz swietnego utrzymania, Tysiac swiec do branzlowania, Wazeliny beczke cala... Lecz jej tego bylo malo. Ciagle placze, ciagle krzyczy: 'To za malo dla mej piczy!' W nocy zas przywolal swego Astrologa nadwornego, By ten patrzac w gwiezdne szlaki Znalazl wreszcie sposob jaki, By krolewne mozna bylo Dobrowolnie, czy tez sila Wrocia znwo do cnoty granic, A gdy to sie nie zda na nic, Niech przynajmniej w swojej sferze Oblapnikow sobie bierze..., Wiec astrolog wziawszy lupe, Zajrzal raz krolewnie w dupe, Dwukrotnie cyrklem pizde zmierzyl, Po czym zamknal sie na wiezy. Tak byl w pracy pogazony, Taki przy tym roztargniony, Ze szukajac gwiazd na niebie W roztargnieniu sral pod siebie. Krecil, wiercil teleskopem, Wreszcie wrocil z horoskopem I rzekl: 'Smetna wiesc, niestety objawily mi planety, Ze krolewny nic nie wstrzyma. Na jej szal lekarstwa nie ma, Chyba, ze sie znajdzie jaki, Tegi jebak nad jebaki, Ktory ja tak zerznie pieknie, Ze krolewnie pizda peknie. Na kawalki sie rozwali. Zywym ogniem sie zapali, Wtedy bedzie Pizdolona Z czaru swego wyzwolona I znow stanie sie prawiczka Z malusienka, ciasna piczka' Wszystkim bylo ogloszone, Ze kto zbawi Pizdolone Ten otrzyma za podzieke Pol krolestwa i jej reke, Wiec zjezdzaja sie jebacze, Czarodzieje, zaklinacze, Rycerze i krolewicze, By krolewnie zerznac picze! Kazdy swoich sil probuje, Lecz chociaz tegie mieli chuje Na nic to sie wszystko zdalo, Bo jej ciagle bylo malo. ...A tymczasem heroldowie W calym kraju, w pismie, w mowie, Wiesci dziwne rozglaszali Coraz dalej, dalej, dalej... Az dotarly hen daleko, Gdzie za siodma gora, rzeka, Stala sobie mala chatka, W niej mieszkala stara matka Ze synami swymi trzema, Ktorym dzielny, tegi, zwinny, ale kazdy z nich byl inny I w tym nie ma nic dziwnego: Kazdy z ojca byl innego, Bo w mlodosci swojej czasie Matka strasznie puszczala sie. Byla strozka przy burdelu I kochankow miala wielu. Syn najstarszy mial chuj dlugi I gruby na ksztalt maczugi, A po bokach jego byly jak postronki - grube zyly, Jakies wezly, jakies guzy - Jaja mial jak dwa arbuzy! A ze ciagle mu bez mala ta ogromna pyta stala, Chujogromem go nazwano!, Pizdoliza nosi miano Syn nastepny, bo lizanie Stawial wyzej nad jebanie, I nie bylo mistrza w swiecie, By przescignal go w minecie. Ciesza matke takie dzieci, Lecz niestety - smuci trzeci, Ktory rodu byl zakala, Bo mial kuske calkiem mala, Cienka, krotka na ksztalt glisdy I nie palil sie do pizdy. Dobrze, ze z matczynej woli Raz w miesiacu popierdoli. A ze malo tak oblapia, Bracia mieli go za gapia. No i matka nawet z czasem Nazywala go Gluptasem., Tak im slodko zycie idzie, Ani w zbytku, ani w bidzie. Starsze bowiem dwa chlopaki Zarabialy w sposob taki, Ze cnotliwe starsze panie Braly ich na utrzymanie. A i matka, chociaz stara, Dala dupy za talara, Na stojaka, gdzies w klozecie... Lecz najmlodszy, glupek przecie, Chociaz podobal sie niewiastom - Dawal dupy pederastom I ku matki wielkiej zlosci Nie bral nic od swoich gosci. Az dotaral i w ich strony Wiesc o losie Pizdolony. Na pieniadze wiec lakoma Wola matka Chujogroma I tak rzecze: 'Ty, moj synu Idz! Dokonaj tego czynu!' Syn usluchal rady matki. Zaraz wlozyl czyste gatki. Wymyl chuja - i bez zwloki Ra1no ruszyl w swiat szeroki. A gdy przybyl do stolicy, Zaraz poszedl do ciemnicy Gdzie sie swieca, rozkraczona, branzlowala Pizdolona. Pyta debem mu stanela, Wiec sie ostro wzial do dziela I za pierwszym sztosem leci Blyskawicznie drugi, trzeci, Czwarty, piaty - az nareszcie Wyrznal sztosow tysiac dwiescie I utraci sile cala - A krolewnie wciaz za malo! Tak byl przy tym oslabiony, Ze zlezc nie mogl z Pizdolony, I musialy dworskie ciury Sciagac go za dupe z dziury, I zaniesli omdlalego Do szpitala zamkowego A krloewna ciagle krzyczy, Ze to malo dla jej piczy!, Predko, predko basn sie baje, Nie tak predko kutas staje, Basn sie baje - czas ucieka, Chujogroma matka czeka, Basn sie baje - czasu ni ma - Cos nie widac skurwysyna. Az ja doszly straszne wiesci... Powstrzymujac lzy bolesci, Pizdoliza matka wzywa I w te slowa sie odzywa: 'Bratu, rzecz to nie do wiary, Nie udaly sie zamiary. Kutas zmarnial mu, niestety - Idz wiec ty, sprobuj minety!' I pizdoliz wnet bez zwloki, ruszyl predko w swiat szeroki. W koncu zaszedl ldo stolicy. Tam sie udal do ciemnica Gdzie sie swieca, rozkraczona, Branzlowala Pizdolona. Zaraz ja za picze lapie I minete tego chlapie. Jezyk jego na ksztalt weza To sie spreza, to rozpreza, To sie wije jak sprezyna, W pizde wwiercaa sie zaczyna, Kreci na ksztalt kolowrotka To od zewnatrz, to od srodka. Doba wciaz za doba mija - On jezorem wciaz wywija. Az utracil sile cala. A krolewnie wciaz za malo!. Tak byl przy tym oslabiony, Ze zlezc nie mogl z Pizdolony, Wiec i jego dworskie ciury Sciagnely za dupe z dziury, I wyniosly omdlalego, Do szpitala zamkowego. A krolewna ciagle krzyczy, Ze to malo dla jej piczy!, Predko, predko basn sie baje, Nie tak predko kutas staje, Basn sie baje - czas ucieka, Pizdoliza matka czeka, I juz martwic sie zaczyna - Cos nie widac skurwysyna. Ze zlosci zaciska zeby, Ze dwoch synow, niby deby, Losy wziely jej zdradziecko. 'Jedno mi zostalo dziecko, I do tego calkiem glupie' ...Gluptak mial to wszystko w dupie - Raz w niedziele po jedzeniu Chcial pochrapac sobie w cieniu Cos mu jednak spac nie daje, Cos go ciagle gryzie w jaje. Wiec sie predko zrywa z trawy, A tu sie po jajach szwenda Niby chrabaszcz - wielka menda! Gluptak juz rozpinal gacie, By ja otruc w sublimacie, Gry wtem menda nieszczesliwa Ludzkim glosem sie odzywa: 'Czemu pragniesz mojej zguby? Nie zabijaj chlopcze luby! Menda tez stworzenie boze, Ze inaczej zyc nie moze I ze czasem w jajo utnie - Nie gub ze jej tak okrutnie!' Gluptak mysli: 'Coz to zlego? Nie zje przeciez mnie caelgo... I pocierpiec troche moge, Idz wiec dalej w swoja droge!' A tu nagle menda znika I zmienia sie w czarownika, Czarownika - czarodzieja, I do swego dobrodzieja, Co sie w strachu z miejsca zrywa, W takie slowa sie odzywa: 'Ze litosci miales wzgledy Dla bezbronnej, slabej mendy I zes jej darowal zycie - Wynagrodze cie sowicie. Dam ja ci wskazowki pewne jak spierdolic masz krolewne. Sil twych malo tu potrzeba, Dam kondoma - samojeba, Ktory ma te dziwna sile, Ze gdy wlozysz na swa zyle I rozkazesz - on za ciebie sztos za sztosem ciagle jebie Czarodziejska moca cudna! Ale zdobyc go jest trudno... Dupa strzeze go zakleta, Na przechodniow wciaz wypieta, Z ktorej moca zlego ducha Ustawicznie ogien bucha. I czy z bliska, czy z daleka, Zarem swoim wszystko spieka. I w tym mocnym, wielki zarze Dupa sie calowac kaze Lecz gdy powiesz do niej slowa: 'Niech sie ogien w dupie schowa! Sama sie pocaluj wlasnie!' - Wtedy ogien w dupie zgasnie. I powoli, z dobrej woli, Kondom zabrac ci pozwoli., Za twa dobroc ja ci moge Do tej dupy wskazac droge. Wez ten klebek z soba razem, On ci bedzie drogowskazem! Rzuc na ziemie i idz wszedzie, Gdzie sie klebek toczyc bedzie. Lecz pamietaj zawsze swiecie Czarodziejskie to zaklecie!' Tu czarownik, niby mara, Zniknal, rozwial sie jak para. Gluptak wstaje ucieszony, Bierze klebek, rozbawiony, I nie mowiac nic nikomu Po kryjomu znika z domu. Predko, predko basn sie baje, Nie tak predko kutas staje. Gluptak idzie, nie ustaje, Coraz nowe mija kraje. Gdy stu granic minal slupy Zaszedl wreszcie az do dupy, Z ktorej ogien wieczny tryska. A podszedlyszy do nie z bliska, Rozzarzonej nad pojecie, Czrodziejskie swe zaklecie Gluptak z calej sily wrzasnie: Â?Sama sie pocaluj wlasnie!' Wtedy dupa zawstydzona, Puscila go do kondoma. Wiec z kondomem, ucieszony, Pedzi wnet do Pizdolony. A gdy przybyl do stolicy, Zaraz poszedl do ciemnicy, Gdzie sie swieca, rozkraczona, Branzlowala Pizdolona. Wklada kondom, niecierpliwy, A tu patrzcie - czary, dziwy! Chuj, co zawsze byl jak z ciasta, Na sto chujow sie rozrasta. Kazdy gruby, jak ta bela, Kazdy picze jej rozdziera, Kazdy twardy, jak ze stali, Kazdy dlugi na sto cali! Wszystkie chuje, z calej sily, Na krolewne uderzyly. Kazdy jej sie w pizde wwierca, Kazdy koncem siega serca, Kazdy jej sie w piczy grzebie, Kazdy jebie, jebie, jebie... Az krolewna Pizdolona Rozjebana, spierdolona, Ze zmeczenia ledwo zywa, Krzyczy: - 'Cipa sie rozrywa!' Takie przy tym tarcie bylo, Ze sie w dupie zapalilo. Zeby zgasic pozar ciala, Straz zamkowa przyjechala Z toporami, z bosakami, Sikawkami i kublami, Slowem - z calym inwentarzem Uzywanym przy pozarze. I po dlugiej, ciezkiej pracy Ugasili go strazacy., Tak zostala Pizdolona Z czaru swego wybawiona, I znow stala sie prawiczka Z malutenka, ciasna piczka. Gluptas dostal zas w podziece Pol krolestwa i jej rece. Krol byl taki ucieszony, Ze zbawienia Pizdolony, Ze pomimo swej starosci Kapucyna rznal z radosci, Mimo ze juz nie byl mlody. Potem zas wyprawil gody Gluptakowi z Pizdolona - Mnie na gody zaproszono., Wiec jak mowie, tez tam bylem. Jadlem, pilem, pierdolilem, Bawilem sie z nimi spolem, Az zasnalem gdzies pod stolem. Oto co sprawila menda - Na tym konczy sie legenda.
Wróc do strony głównej Tutaj